#8 Istebna

W Istebnej po raz kolejny odbyło się zakończenie cyklu Powerade Volvo MTB Maraton 2013. Nasza ekipa stawiła się w stosunkowo mocnym, choć niepełnym składzie – Marta, Marcin, Piotr, Grzegorz, Janek, Arek i ja (czyt. Wojtek). Wszyscy byli pełni obaw o pogodę ale ta spisała się na medal. Dzień przed startem się rozpogodziło i przestało padać. Jak widomo, że w Beskidzie Śląskim popada to teren staje się bardzo trudny i wymagający dla rowerzystów. Po ciągłych opadach wybór dobrych opon był kluczowy. Większość z nas wstrzeliła się z oponami. Tylko Arek miał pecha ponieważ paczka z oponami nie zdążyła przyjść na czas. Niestety przełożyło się to na jego wynik. Trasa była taka jak w zeszłych latach z wyjątkiem końcówki, która została zmieniona ponieważ silne opady sprawiły, że ostatnie kilometry trasy stały się nieprzejezdne. Podejrzenie jest takie, że błoto było tam po pachy i Organizator wolał abyśmy jechali na rowerach niż je pchali w błocie po osie.

Od samego startu tempo było mordercze, pierwszy asfaltowy fragment został pokonany ze średnią prędkością ponad 30 km/h. Zaraz po wjeździe w teren rozpoczęliśmy podjazd na którym bardzo szybko każdy znalazł swoje miejsce w stawce. Kolejność jak zwykle – w czubie Marcin, trochę za nim Arek i ja, dalej Janek i Grześ a potem Piotr i Marta. Z racji tego iż był to ostatni maraton każdy toczył zacięty bój o jak największą ilość punktów do klasyfikacji indywidualnej jak i drużynowej. Bardzo zacięta walka rozegrała się między mną z zawodnikami MaxxBike – Przemysławem Janiak i Kamilem Lesiak. Niestety ten pierwszy był szybszy, natomiast Kamilowi udało mi się uciec aż na ponad 12 minut. Może gdyby nie dolegliwości żołądkowe to udałoby się dogonić i Przemka. Jego ataki natomiast odpierał Marcin, który po około 2 godzinach jazdy też zaczął odczuwać jakieś dolegliwości żołądkowe. Chyba nasze żołądki miały już dość sezonu i różnych specyfików typu żele i izotonik. Choć jeszcze rano nic na to nie wskazywało. Marcin także walczył o pierwsze miejsce w generlace M4 z Piotrem Huziorem z JMP Race oraz Sławkiem Bartnikiem. Ten pierwszy prezentował wyborną formę w drugiej połowie sezonu co powodowało że był poza zasięgiem a drugi z nich niestety nie ukończył maratonu. Marta także walczyła o wysokie lokaty choć koleżanki zawiesiły jej bardzo wysoko poprzeczkę. Przyjechała 7 wśród pań w kat K2.

Arek ze względu na wcześniej już wspomniane opony nie mógł rozwinąć skrzydeł na trasie i z powodu braku przyczepności tracił sporo na trasie. W szczególności na zjazdach. Janek natomiast powoli zaczyna wracać do dyspozycji i po kontuzji z początku sezonu zaczyna być widać iż idzie wszystko w dobrym kierunku. Przejechał cały dystans bez kryzysu i żadnej „bomby” jak to miało miejsce w Wałbrzychu. Niestety Grześ nie ukończył maratonu. Zmęczenie sezonem, treningami i trudność trasy zrobiły swoje i pokazały jak ważna jest regeneracja w trakcie sezonu. Niestety skurcze były tym razem zbyt silne aby kontynuować zmagania z tak wymagającą trasą. W szczególności, że podjazdy w błocie wymagał zdwojonej intensywności. Kolejny raz dobrą postawę zaprezentował Piotr, po międzyczasie i zajmowanych  pozycjach widać, że cały czas wyprzedził. Od checkpointu poprawił się 41 pozycji!

Ostatni maraton tego cyklu zakończyliśmy z dobrymi wynikami i w dobrych nastrojach. Na zakończenie sezonu i wręczenie pucharów czekaliśmy w dobrych humorach i doborowym towarzystwie współtowarzyszy z tras. Głównej nagrody w tomboli nikt z nas nie zgarnął ale mnie udało się załapać na mniejszą ale nie mniej fajną nagrodę w konkursie – aparat Olympus.

Wyniki:

Poz. Imię i nazwisko Kat Czas Strata
39/4 Marcin Reczyński M4 03:30:55.2 + 00:42:44
48/25 Wojciech Bukowiecki M2 03:36:27.6 + 00:48:16
73/37 Janek Szczepański M2 03:52:29.8 + 01:04:19
104/41 Arkadiusz Biczewski M2 04:14:32.1 + 01:26:21
143/26 Piotr Cisowski M4 04:33:20.3 + 01:45:09
174/7 Marta Ryłko K2 04:48:19.5 + 02:00:08
DNF Grzegorz Tympalski M4 DNF DNF

#7 Wałbrzych

Nasza ekipa na przedostatni maraton wystawiła mocny skład – Kasia i Marta reprezentowały ładniejszą część drużyny a Marcin, Janek, Grześ, Arek i Wojtek reprezentowali część składu obdarzoną większą dawką testosteronu. Z racji, że to już końcówka sezonu każdy z nas chciał uzyskać jak najlepszy wynik celem zdobycia jak najwyższej pozycji w generalce przed ostatnim wyścigiem. Pogoda powitała nas zacnie – bezchmurne niebo, lekki wiaterek i piękne słońce. Warunki wprost idealne do ścigania. Organizator też staną na wysokości zadania i nie kombinował z trasą a postawił na sprawdzony schemat. Interwałowy charakter trasy po przejezdnych szutrowo-leśnych fragmentach okazał się strzałem w „dziesiątkę”. Przy dobrej nodze można było podjechać wszystko.

Od startu tempo bardzo dobre – każdy jechał na miarę swoich możliwości. Jak zwykle prym wiódł Marcin jadąc do pierwszego checkpointu w pierwszej 15 open! Dalej jechali Wojtek, tuż za nim jechał Arek z Jankiem a parę minut za nimi Grześ. Dziewczyny jechały trochę dalej, ale każda trzymała swoje tempo. Niestety mimo optymalnego przygotowania, świetnej formy pech nie opuszcza Wojtka i na szutrowym zjeździe w lesie wbija wkręt w oponę, co przekreśla szanse na dobry wynik… W dodatku brak obycia z kołami 29″ i ciśnieniami, jakie powinno się ładować po laczku w dętkę powodują tak dużą stratę, że pozostaje tylko dojechać do mety (sic!). Kolejno Wojtka mija Arek, Janek i Grześ. Dziewczyny też doganiają defektowicza, ale jak się już uporał z defektem rozpoczął pościg za resztą drużyny.

Drugi checkpoint i Marcin jedzie wciąż w pierwszej 15 open. Arek toczy bój z kolegą z eksdrużyny – Maćkiem, ale niestety nie udało mu się go dogonić. Pech w tym sezonie też nie opuszcza Grzesia. On też ma przygodę z oponą, ale jako wytrawny serwisant radzi sobie z tym o niebo lepiej niż Wojtek i nie traci na to prawie 20 minut a zaledwie cztery. Janek za drugim checkpointem zalicza klasyczny zgon – po 2,5 h jazdy nastąpiło odcięcie prądu. Kontuzja z początku sezonu i niemożność dobrego przygotowania do sezonu oraz brak bazy na dłuższe dystanse zbierają swoje żniwo. Ale Janek się niczym nie przejmuje i wypiera optymalne wyjście z sytuacji. Przeleżał kryzys w trawie, po czym kontynuował jazdę do mety w towarzystwie Marty.

Na metę dotarli wszyscy z drużyny, choć w różnych nastrojach. Marcin trochę stracił i ostatecznie przyjechał na 22 miejscu. Arek – ciepłolubny kolarz w tych warunkach zrobił bardzo dobry wynik ustalając rekordową zdobycz na górskiej trasie na 325 pkt. Grześ też dobrze pojechał, choć szkoda jego defektu. Także z bardzo dobrej strony pokazała się Marta tracą tylko nieco ponad 22 min do zwyciężczyni w swojej kategorii. Kasia mimo braku treningu i trochę słabszego wyniku była zadowolona, że trasę ukończyła. Wojtkowi niestety humor nie dopisywał, ale za to zdobył dużo nowych doświadczeń, które miejmy nadzieję, że zaowocują w przyszłości.

Po zawodach mieliśmy jeszcze dwie przygody – Kasia i Marcin mieli bliskie spotkanie z wałbrzyską latarnią. O dziwo z tą samą… chyba jakaś agresywna była w stosunku do przechodniów i rowerzystów. Na szczęście w przypadku Kasi skończyło się to bez szkód. Natomiast przypadek Marcina okazał się gorszy – miał mocno stłuczone żebra. Jego najbliższe starty stanęły pod znakiem zapytania ale lekarze chyba staną na wysokości zadania i obiecali, że Marcin da radę wystartować w Istebnej.

Poz. Kat. Imię i nazwisko Czas Strata open
22/2 M4 Marcin Reczyński 03:15:52.5 +00:23:05
44/24 M2 Arkadiusz Biczewski 03:32:12.4 +00:39:25
82/15 M4 Grzegorz Tympalski 03:53:00 +01:00:13
99/36 M2 Wojciech Bukowiecki 03:58:56.8 +01:06:09
160/45 M2 Janek Szczepański 04:27:59.5 +01:35:12
161/4 K2 Marta Ryłko 04:28:00.3 +01:35:13
204/8 K2 Katarzyna Machalica 05:07:28.9 +02:14:42

#6 Korbielów

Szósta edycja Powerade Volvo MTB Maraton miała miejsce w Korbielowie. Stawiliśmy się tam w męskim składzie, dziewczyny niestety nie mogły wystartować. Trasa była bardzo podobna do zeszłorocznej z małymi, tylko kosmetycznymi zmianami. Najlepsze smaczki zostały nieruszone. Niestety aura jak na wakacyjne miesiące nas nie rozpieściła… po raz drugi na zawody po pięknych słonecznych dniach przychodzi załamanie pogody na same zawody. Nasi szpiedzy donieśli, że w piątek było oberwanie chmury a w sobotę, kiedy zjawiliśmy się na starcie cały czas mżyło a temperatura oscylowała w granicach 12 stopni.

Start był stosunkowo łatwy, bo prowadził w dół, ale zaraz potem był kultowy podjazd. Prawie 300 m w pionie na dystansie niecałych 5 km. Wszystkim poszło to solidnie w nogi. Z naszej ekipy jak zwykle najsprawniej radził sobie Marcin. Dalej w trzy osobowym zestawie tasowali się Arek, Janek i Wojtek. Dalej jechali Grześ, Piotr, Alan i Tomek. Marcin cały dystans pilnował wysokiego, 19 miejsca open. Sprzyjający mikroklimat Korbielowa oraz Beskidu Żywieckiego dodaje niesamowitej mocy Arkowi. Pomimo bardzo stromych podjazdów i wymagających, ultratechnicznych zjazdów za którymi nie przepada, Arek czuł się na trasie jak ryba w wodzie. Tuż za pierwszy podjazdem odrywa się od Janka jadącego tuż przed Wojtkiem i pozostawia ich mocno w tyle. Wojtek gubi koło Janka w okolicach Trzech Kopców.  Dalej mimo niesprzyjających warunków swoim tempem jedzie Grzegorz i Piotr. Alan nie uniknął po raz kolejny przygód i po upadku uszkodził klamki hamulcowe, co skutecznie uniemożliwiło mu zjeżdżanie. Mimo to Alan mieści się w limicie czasu i zostaje wpuszczony na dalszą część trasy mega. Tomek niestety już nie mieści się w limicie i zostaje skierowany na trasę mini.

Dalsza część trasy przebiega bez większych emocji. Każdy jedzie swoim tempem po znanych z zeszłego roku szlakach. Zaskoczeniem na trasie jest lekka modyfikacja zjazdu zielonym szlakiem z Rysianki. Mimo zmian zjazd ten jest nadal atrakcyjny i niczego mu nie brakuje. Hamulce można na nim dobrze usmażyć a tarcze rozgrzać do czerwoności. Tuż za drugim bufetem czeka na nas Tomek, który został zmuszony do pojechania dystansu mini. Tam pomaga Arkowi i Jankowi na bufecie. Na Wojtka się nie doczekał. Marcin wciąż lideruje w naszej ekipie i w końcówce wyścigu nie daje sobie odebrać fenomenalnej, 19 pozycji open oraz 2 miejsca w M4. Arek jedzie wciąż jak natchniony aż do ostatniego zjazdu, na którym nieszczęśliwie myli trasę. Na pomyłce stracił około 6 min i w efekcie, czego przyjechał za Wojtkiem, który od drugiego bufetu złapał drugi oddech i w szybkim tempie minął mocno już zmęczonego Janka. Tak mocnej końcówki nie wskazywała słaba jazda w pierwszej części dystansu. Grześ będąc dobrze przygotowanym zmaga się na trasie z jakimś osłabieniem i ogólną niemocą. Mimo tego do mety dojeżdża z całkiem dobrym wynikiem. Piotr konsekwentnie realizuje założenia trenera i z maratonu na maraton jego pozycja w peletonie się poprawia. Z ósemki naszych, teamowiczów jako siódmy dojeżdża Alan. Dla niego na tym maratonie największe brawa z wytrwałość i ukończenie zawodów mimo poważnych problemów technicznych. Tomek niestety kończy tylko trasę mini i zalicza DNF.

Msc. Open Msc. Kat Imię i nazwisko Czas Strata
19 2/M4 Marcin Reczyński 03:41:40.1 +00:34:41
34 13/M2 Wojciech Bukowiecki 03:57:58.5 +00:50:59
35 14/M2 Arkadiusz Biczewski 03:59:39.2 +00:52:40
38 15/M2 Janek Szczepański 04:04:20.3 +00:57:21
62 10/M4 Grzegorz Tympalski 04:24:45.3 +01:17:46
130 23/M4 Piotr Cisowski 05:20:38.6 +02:13:39
186 44/M2 Alan Goss 07:29:01.5 +04:22:02
DNF DNF Tomasz Markiewski DNF DNF

#5 Piwniczna Zdrój

Pogoda na maratonie w Piwnicznej-Zdroju to najgrubszy „żart” tego sezonu. Już parę dni przed startem zaczęło być deszczowo i stopniowo się ochładzać, by w dniu zawodów zafundować kolarzom 10°C, deszcz i silny wiatr… Czyżby za dużo trzynastek w dacie (13.07.2013)?

Ze względu na środek sezonu wakacyjnego (oraz prognozy?) pojawiliśmy się w mocno okrojonym składzie. Przed startem każdy jak mógł najdłużej poszukiwał ciepłego i suchego miejsca, by dopiero tuż przed zamknięciem sektorów skierować się w stronę tunelu startowego.

Choć przebieg trasy był identyczny do zeszło-rocznego (nie licząc zmiany ostatniego zjazdu, niemożliwego do pokonania w tych warunkach), to jednak wrażenia z jazdy były zupełnie odmienne. Już pierwszy, wtedy szybkie trawersy, były śliskie, a odcinki w lesie błotniste.

Najdłuższy podjazd trasy z Rytra na przeł. Żłobki (pomiędzy Wlk.Rogaczem i Radziejową) o długości 10km i średnim nastromieniu 7% pokonywało się bez zmian (nie licząc ograniczającej widoczność mżawki na okularach), lecz dalszy odcinek grzbietem poprzecinany już był wcale nie małymi kałużami. Również szutrowe zjazdy, szybkie rok temu, teraz wymagały sporo uwagi, gdyż niejednolite, namoknięte podłoże potrafiło znienacka szarpnąć kierownicą na bardziej sypko-grząskich odcinkach.

Podjazd łąką za Rezerwatem Białej Wody wymagał nieco balasu ciałem, by nie zabuksować na przemoczonej trawie. Końcowy odcinek ciągnie się błotem i kałużami bez końca, a i porywisty chłodny wiatr nie uprzyjemnia zadania dotarcia do mety.

Tam na szczęście organizator stanął na wysokości zadania, i poza standardowym makaronem (ciepłym!) oferuje również gorącą (i jeśli kto chce słodką) herbatę. Część osób próbuje ogrzać się przy znajdującym się w pobliżu grillu, jednak szarpiący namiotami wiatr mocno utrudnia to zadanie.

Wymagające warunki poskutkowały 16% DNF (43 spośród 270 uczestników), w tym niestety Tomka. Nasi pozostali zawodnicy zdołali dotrzeć do mety:

Msc. open Msc.kat. Kto Czas
1 1 M2 Mateusz Zoń 2:50:22
32 3 M4 Marcin Ręczyński 3:26:24
79 25 M2 Arek Biczewski 4:01:30
122 23 M4 Piotr Cisowski 4:30:42
155 6 K2 Marta Ryłko 04:59:35
DNF DNF Tomek Markiewski DNF

#4 Karpacz

15 czerwca nasza drużyna stawiła się na maratonie w Karpaczu. Został on zapowiedziany, jako największa atrakcja sezonu. Jak zwykle nim przebieg trasy został ujawniony na forum snuto domysły a Organizatorzy, co dzień podsycali atmosferę podając kolejne szczegóły dotyczące zjazdów i innych atrakcji na trasie. My postanowiliśmy to sprawdzić osobiście. Przebieg trasy był w dużej mierze odmienny do zeszłorocznego. W naszej opinii było lepiej…, ale po kolei.

W cieple i krótkich strojach w II – gim sektorze stawili Kasia, Marta, Marcin, Arek i ja. W III stał Janek z Grzesiem. Asfaltowy podjazd w kierunku świątyni Wang pięknie rozprowadził stawkę. Marcin pojechał na takim zapieku pierwsze 5 km jak nigdy a wcale się nie spalił. Niedaleko za nim jechał Janek, potem Wojtek, Arek, Grześ i dziewczyny. Pierwszy zjazd były niczym trudnym, ale na nim zaczęły się nasze przygody. Ja rozpocząłem „Karpacki festiwal laczka 2013”. Na zjeździe rozciąłem oponę szkłem. Pech chciał, że dziura była tak duża, iż się nie uszczelniła. Próba dopompowania opony skończyła się wypluciem mleczka w atmosferę. Trzeba było założyć dętkę, ale nie miałem, czym dopompować, więc musiałem pożyczać pompkę. Na szczęście znalazł się dobry samarytanin a całą operacja kosztowała mnie 15 minut. Minął mnie cały peleton, łącznie z obsadą dystansu mini. Wnioski zostały z tego wszystkiego wyciągnięte. Potem zostało mi tylko gonienie.

Kolejnym pseudo szczęśliwcem biorącym udział w naszym festiwalu był Grześ. Wbił coś w oponę, ale temu defektowi mleczko dało radę po wyciągnięciu kolca. Choć ciśnienie w kole już nie było takie jak trzeba i nasza wschodząca gwiazda kategorii M4 musiał uważać na zjazdach żeby nie uszkodzić obręczy. Do grona festiwalowiczów dołączył także Marcin. On rozerwał oponę z boku na jakimś ostrym kamieniu. Też musiał założyć dętkę. Przez ten defekt odjechali mu najgroźniejsi rywale tego dnia – Janusz Banasiak oraz Sławek Bartnik. Pierwszy z nich niestety nie ukończył zawodów. Drugi natomiast wygrał kategorię. Na sam koniec do naszego grona zapisał się Marta. Gdzieś na zjeździe dobiła oponę i niestety musiała wymienić dętkę. Wielka szkoda bo miała świetny dzień, noga jej podawała a na trasie było widać na jej twarzy cały czas uśmiech i radość z jazdy. Ale jak pech to pech.

Bez większych problemów do mety dotarli natomiast Kasia, Janek i Arek. Nasz najlepszy zjazdowiec (czyt. Janek) co prawda jechał z nie do końca sprawnym hamulcem ale jemu takie szczegóły nie przeszkadzają. Kasia na trasie trenowała skakanie przez kierownicę bo kozła na trasie znaleźć nie mogła. Czyniła to kilka razy. Tylko Arek jechał absolutnie bez żadnych przygód i konsekwentną jazdą zrobił dobry wynik.

Sama trasa była wyborna w naszym mniemaniu. Trudne techniczne zjazdy wymagające przez cały czas skupienia, refleksu i opanowania. Podjazdy nie dające odetchnąć nawet na chwilę. Były albo techniczne albo po bardzo stromych i siłowych asfaltach. Absolutnie na trasie nie było gdzie odetchnąć. Mimo wszystko iż wymagająca, była bardzo płynna i można się było wykazać w każdym aspekcie kolarstwa górskiego. Jechaliśmy przez Karpacz Górny, potem odbiliśmy w okolice szczytu Strzelec by wrócić w stronę przełęczy pod Czołem, skąd pojechaliśmy w stronę Grabowca. Po świetnym podjeździe czekał na nas jeden z trudniejszych zjazdów. Dalej jechaliśmy przez Sosnówkę do Przesieki. Potem czekał na nas asfaltowy podjazd w stronę drogi Chomontowej a następnie kolejny bardzo trudny techniczny zjazd. Potem combo – dalszy zjazd żółtym szlakiem i podjazd po raz drugi w stronę Borowic. Potem już znanymi fragmentami z lat ubiegłych dojeżdżamy do Karpatki i sławetnych już agrafek. Tam się jak co roku wiele działo. Niektórzy z nas ładnie wszystko przejechali – Marcin, Janek, Arek, Grześ i Kasia. Co poniektórzy lekko się podparli – Marta. A niektórzy latali przez kierownicę jak ja.

Mimo, że drużynowo jest to nasz najsłabszy maraton to stali nabijacze punktów nie zawiedli – Marcin, Janek, Kasia i Marta zdobyli ponad 1270 pkt. Jak na razie utrzymujemy bardzo dobre – czwarte miejsce choć nasza przewaga nad konkurencją maleje. Jednak największym zaskoczeniem było pierwsze szerokie pudło Grzesia – 5 miejsce w M4 – wielkie gratulacje!!! Widać, że trening przynosi zamierzone skutki a forma wciąż rośnie.

Msc. Open Msc. Kat Kat. Kto Czas
1 1 M2 Albert Głowa 2:44:59,3
29 2 M4 Marcin Reczyński 3:22:08,8
41 18 M2 Janek Szczepański 3:27:56,6
73 33 M2 Arkadiusz Biczewski 3:43:31,5
83 39 M2 Wojciech Bukowiecki 3:49:31
84 5 M4 Grzegorz Tympalski 3:49:31,5
177 6 K2 Katarzyna Machalica 4:33:16,4
182 8 K2 Marta Ryłko 4:37:07,5

#3 Krynica Zdrój

Kolejna edycja Powerade Volvo MTB Maraton odbyła się w Krynicy Zdrój w województwie małopolskim. Na starcie stawiła się cała drużyna z wyjątkiem Marty, która nie była w najlepszej dyspozycji i zrezygnowała ze startu. Pozostała dziewiątka śmiałków – bo tak trzeba powiedzieć – nie wystraszyła się okrutnych prognoz pogody i wszędobylskiego błota. Nie dość, że maraton sam w sobie jest trudny technicznie i fizycznie to ilość błota zdecydowanie podnosiła poprzeczkę. Na starcie dystansu mega stawiło się w sumie 147 zawodników. Zapewne pozostali albo byli rozważniejsi albo zlękli się pogody.

Tak mała ilość zawodników sprzyjała komfortowej jeździe od samego początku. Organizator ze względu na panujące warunki zmienił trasę i „wyciął” kilka kilometrów z początkowych fragmentów trasy i Krzyżowej nie zdobywaliśmy. W zamian zafundowano nam ciekawy i techniczny zjazd czerwonym szlakiem do Czarnego Potoku gdzie rozpoczęliśmy wspinaczkę na Jaworzynę. Przez skrócenie trasy szczyt niektórzy z nas zdobyli w niecałą godzinę. Najszybciej na górze zjawił się Marcin, potem Wojtek a tuż za nim Janek. Kolejno Grześ i Arek, Piotr wraz z Kasią, Tomek i Alan.

Za Jaworzyną czekał na nas błotnisty zjazd stromizną – tam Janek pokazał Wojtkowi, że nie tylko noga liczy się pod górę ale i wyborna technika na zjazdach jest potrzebna. Za zjazdami czekał na nas bufet oraz parę srogich podjazdów w stronę Runka, włącznie z nim. Od tego momentu trasa nabiera bardzo interwałowego charakteru. To w górę to w dół i tak aż do Krynicy.

Po zdobyciu Słotwin można poczuć radość z dojazdu do Krynicy ale niestety to nie koniec walki z trasą. Organizator prowadzi nas żółtym szlakiem przez Huzary aż do góry Parkowej. Najszybciej do ostatniego zjazdu dojeżdża Marcin, chwilę potem Janek a za nim Wojtek, który nie mógł już dopaść kolegi z teamu. Na podjeździe na Górę Parkową zacięty bój toczy Arek z Grzesiem. Na podjeździe po płytach Arek zdobywa lekką przewagę ale na zjeździe klasę i doświadczenie pokazuje starszy kolega. Niesamowita rywalizacja aż do ostatnich metrów gdzie na kresce młodszy bierze górę i wygrywa o niecałą sekundę. Wspaniała rywalizacja aż do samego końca. Okrasą wyścigu też była walka Marcina z Januszem Banasiakiem z Murapolu. Losy rywalizacji o pierwszej miejsce w M4 rozstrzygnęły się dopiero na przedostatniej prostej. Przez skurcz w końcówce Marcin poniósł dwu sekundową stratę. Na mecie prawie równocześnie także stawili się Kasia i Piotr. Kasia po raz kolejny pokazała klasę na zjazdach uciekając starszemu koledze. Niestety Alan ze względu na problemu żołądkowe nie ukończył wyścigu.

Po raz kolejny nasza drużyna robi wspaniały wynik – 1353 punkty i wskoczenie na 4 miejsce w klasyfikacji drużyn. Zobaczymy jak nasze wyniki będą się prezentować gdy na starcie zjawią się wszystkie drużyny w najmocniejszych składach.

Msc open Msc Kat Kat Kto Czas
1 1 M2 Daniel Formela 02:35:04.1
18 2 M4 Marcin Reczyński 03:00:42.1
24 10 M2 Janek Szczepański 03:04:52.8
32 13 M2 Wojciech Bukowiecki 03:12:01.5
44 17 M2 Arkadiusz Biczewski 03:22:43.6
45 8 M4 Grzegorz Tympalski 03:22:44.3
74 2 K2 Kasia Machalica 03:47:36.9
75 15 M4 Piotr Cisowski 03:48:02.0
127 32 M2 Tomek Markiewski 04:50:06.4
DNF DNF M2 Alan Goss DNF

#2 Złoty Stok

Pierwsze górskie ściganie, tradycyjnie już, miało miejsce w Złotym Stoku. Na start wybrała się liczna  7-osoba ekipa (wielkim nieobecnym był Wojtek, którego w Krakowie zatrzymały inne obowiązki i nie tylko). Przed startem, w okolicach biura zawodów wyraźnie widać było, że zmiany terminów dały się we znaki – dawno na tej edycji nie było tam takich kolejek. Z tego też względu start był nieznacznie opóźniony (10min). W przeciwieństwie do konkurencyjnych Zdzieszowic w niczym to jednak nie przeszkadzało – pogoda wystawiła swoich najlepszych zawodników i od rana raczyła wszystkich promieniami słońca i przyjemnym (ok. 22°C) ciepłem.

Początek trasy to długa i mozolna wspinaczka na Jałowiec – ponad 500m w pionie i ponad 8km podjazdu do pokonania. Każdy w teamie ma własną metodę na zmierzenie się z tą górą. Jedni od startu cisnęli ile sił w nogach, inni woleli spokojniejsze rozkręcenie obrotów by zaatakować przed szczytem bądź wyjazd równym, trochę wolniejszym tempem i zachowanie sił na kolejne wzniesienia.

Zjazd na początku i końcu lekko techniczny, w środku jednak łatwy i szybki i już walczymy z kolejnym szutrowym podjazdem. Końcówka podjazdu jak i zjazd biegnie szeroką i wygodną drogą p.poż. Zabrakło  w tym roku zakończenia zjazdu po bardziej płaskiej ale niezwykle wyboistej drodze – przeszkodził odpust w Lutynii. Dzięki temu też podjazd na najbardziej charakterystyczny punkt trasy – Górę Borówkową – jest nieco krótszy, choć nie mniej ciężki. Po minięciu stojącej na szczycie wieży rozpoczyna się najcięższy zjazd na trasie. Na mecie słyszymy, że nie tylko nam chciało wyrwać kierownicę jak na sztywnym rowerze, a palce bolały od hamowania – tutaj po prostu tak jest.

Na tym jednak nie koniec atrakcji, na zakończenie niezwykle smakowity (a raczej kąśliwy) podjazd o odcinkach dochodzących do 20% nachylenia. Najlżejsze przełożenie gęsto było w użyciu, a i tak nie zawsze starczało. Nagroda za jego pokonanie była jak najbardziej adekwatna: 8,5km szybkich zjazdów, aż do samej mety!

Tradycyjnie najszybciej trasę pokonywał Marcin. Dalej lekka luka, którą starali zapełnić się Arek z Grześkiem (tasujący się w pierwszej połowie trasy). Drobnym zaskoczeniem była dalsza lokata Janka, ale jak to skwitował „zdarza się nawet najlepszym” i zapewnił, że na kolejnych maratonach będzie walczył w szpicy :). Kasia jeszcze nie do końca wpadła w swój rytm na podjazdach, ale podobnie jak Marta nie dawała szans konkurencji na zjazdach. Dzięki temu nie straciły zbyt wiele do najszybszej kobiety na trasie i wyraźnie przyczyniły się do dorobku punktowego drużyny na tej imprezie.

Po weryfikacji wyników na mecie okazało się, że tym razem trochę zabrakło do miejsc na pudle, jednak dzięki Marcinowi i Kasi nie zabrakło nas podczas dekoracji. Dzięki dobrej postawie całego teamu zdobyliśmy 1345,43 punkty (aż 219 więcej niż rok wcześniej!) oraz awansowaliśmy na 5-tą pozycję w klasyfikacji drużynowej. Nie wiadomo jeszcze do końca, które drużyny będą walczyć o klasyfikację generalną, ale z pewnością jest to dobry punkt wyjścia przed kolejnymi górskimi maratonami.

Wyniki:

Msc. open Msc.kat. Kategoria Kto Czas
1 1 M2 Marcin Kawalec 1:50:20
33 4 M4 Marcin Ręczyński 2:08:40
75 33 M2 Arek Biczewski 2:22:55
82 10 M4 Grzegorz Tympalski 2:24:33
133 50 M2 Janek Szczepański 2:35:13
183 4 K2 Kasia Machalica 2:47:49
185 31 M4 Piotr Cisowski 2:48:45
197 5 K2 Marta Ryłko 2:50:02

 

#1 Murowana Goślina

Sezon zainaugurowany z impetem. 1 maja w Święto Pracy szóstka naszych zawodników stawiła się na starcie w Murowanej Goślinie. Wszyscy już zniecierpliwieni oczekiwali startu gdyż w związku z niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi pierwsze imprezy w sezonie zostały przesunięte. Noga paliła się do kręcenia a aura jeszcze bardziej do tego zachęcała. Wielkopolska ugościła nas idealnymi warunkami do ścigania, sucho, bezwietrznie i grubo ponad 15 stopni na plusie. Bajka!

W związku z perturbacjami pogodowymi i nietypowym terminem na starcie stawiło się zdecydowanie mniej zawodników niż zwykle ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu w nowej części trasy było na tyle luźno, że można było jechać swoim tempem i nikt niekogo nie blokował. W zeszłym roku tak dobrze nie było.

Od startu poszło mocne tempo. Jak zwykle w czubie jechał Marcin, o dziwo do szerokiej czołówki dołączył też Wojtek a nie daleko za nim podążał Arek. Dalej Kasia kontrolowała sytuację w żeńskiej części peletonu jedąc z niewielką stratą do zawodniczki Corratec-u. Niestety Magda Hałajczak była poza zasięgiem Kasi. Dalej jechali Piotr i Marta – konsekwentnie swoim tempem. Trasa nie wzbudza wielu emocji ponieważ jest łatwa technicznie. Umiejętność pracy w grupie dużo dawała. Arek i Wojtek w swoich grupach robili bardzo często za lokomotywy. Jak ktoś puścił koło to miał problem i odpadał z grupy. Mimo łatwości trasy i nizinnych warunków na dystansie 73 km uzbieraliśmy 700 metrów przewyższenia.

Na mecie okazało się, że nasza ekipa zrobiła doskonały wynik. Marcin i Kasia wygrali swoje kategorie, Wojtek załapał się do pierwszej 50, Arek w pierwszej setce, Piotr zaliczył udany debiut na trasach Wielkopolski. Jedynie Marta pojechała trochę słabiej niż zwykle ale jak powiedziała na kwaterze – „to nie był mój dzień”. Cóż każdemu się zdarza i kolejne maratony na pewno będą lepsze. Bardzo udany debiut w drużynie zaliczył Arek robiąc jeden z lepszych wyników w historii swoich startów a dla nas dorzucił „trzy grosze” dla generalki drużynowej – oby jak najczęściej.

Edit: Pojawiły sie wyniki druzynowe. Po pierwszym maratonie 7 miejsce i 1403,46 pkt. Jest to wynik gorszy tylko o 0,19 pkt niż najlepszy rezultat drużynowy z zeszłego sezonu. W porównaniu do zeszłego roku w Murowanej poprawiliśmy zdobycz punktową o ponad 160 pointsów !!! Miejmy nadzieję, że tendencja zwyżkowa będzie się utrzymywać i nie dostaniemy zadyszki na żadnym podjeździe.

Wyniki:
1      1     M2   Michał Kowalczyk 02:36:43.6
36    1     M4   Marcin Reczyński 02:53:55.4
45    23   M2   Wojciech Bukowiecki 02:56:41.6
82    34   M2   Arkadiusz Biczewski 03:07:52
130  1     K2   Kasia Machalica 03:21:29.2
138  23   M4   Piotr Cisowski 03:23:15.1
219  12   K2   Marta Ryłko 03:49:21.3